Aktualności
Złote Trociny i Czarna Rzeczywistość: Kroniki Energetyczne Polski
Jeszcze nie tak dawno temu, w czasach które dziś wydają się prehistorią, tona pelletu kosztowała tyle, co solidne, weekendowe zakupy w dyskoncie. Właściciele ekologicznych kotłów chodzili z podniesionymi głowami, roztaczając wokół siebie aurę nowoczesności i zapach lasu, patrząc z lekkim politowaniem na sąsiadów wrzucających do pieca węgiel. "Będzie czysto, tanio i bezobsługowo" – powtarzali jak mantrę, czując się niczym kapitanowie Planety we własnych kotłowniach. A potem nadeszła nowa rzeczywistość, a sprasowane trociny stały się nowym Bitcoinem polskiej wsi i przedmieść.
Sytuacja na rynku opału zaczęła przypominać gorączkę złota na Dzikim Zachodzie, z tą różnicą, że zamiast kilofów ludzie uzbrojeni byli w smartfony, odświeżając strony sklepów internetowych w poszukiwaniu dostępnych worków. Pellet stał się towarem luksusowym, wręcz wyznacznikiem statusu społecznego. Kiedyś sąsiedzką zazdrość wzbudzał nowy samochód na podjeździe, dziś jest to widok palety z napisem "Premium A1" w garażu. Wymiana informacji między palaczami przypomina konspiracyjne spotkania ruchu oporu, gdzie szeptem przekazuje się wieści o tym, w którym składzie rzucili towar, który nie rozpada się w rękach i nie kosztuje tyle, co wakacje w Egipcie. Doszło do tego, że niektórzy zaczęli traktować swoje zapasy z taką czcią, że aż szkoda im było wrzucać ten „złoty pył” do ognia.
Gdybyśmy jednak poszli o krok dalej w tym czarnym scenariuszu i wyobrazili sobie Polskę całkowicie odciętą od błękitnego paliwa, wizja ta balansuje na granicy postapokaliptycznego dramatu i komedii pomyłek. W kraju bez gazu nastąpiłby natychmiastowy powrót do korzeni. Nowoczesne salony typu "open space" momentalnie przestałyby być modne, a właściciele domów z furią zrywaliby gładzie gipsowe, by dokopać się do zamurowanych niegdyś przewodów kominowych i postawić z powrotem piec kaflowy, który nagle stałby się sercem domu. Polska branża odzieżowa przeżyłaby renesans, lansując modę "na cebulę", gdzie pytanie "czy nie wyglądam w tym grubo?" zastąpione zostałoby pytaniem "ile warstw wełny masz pod tym kożuchem?".
Również kulinaria przeszłyby rewolucję. W kuchniach pozbawionych gazu z czeluści piwnic i strychów powróciłby legendarny, niezniszczalny Prodiż – urządzenie, które przetrwa chyba nawet wybuch jądrowy. Polacy, naród zaradny, szybko nauczyliby się, że ciepła woda w kranie to fanaberia, a codzienne mycie w zimnej wodzie to nie przymus, lecz patriotyczne morsowanie i dbanie o tężyznę fizyczną. Ostatecznie, gdyby zabrakło wszelkich nośników energii, naród ogrzałby się siłą własnego narzekania i gorących dyskusji politycznych, które, jak wiadomo, potrafią podnieść temperaturę w każdym polskim domu do poziomu wrzenia.
Fundament Bezpieczeństwa: Węgiel to wciąż król
Odchodząc jednak od satyrycznych wizji, pytanie o nasze realne bezpieczeństwo energetyczne jest sprawą najwyższej wagi. Choć w debacie publicznej wiele mówi się o transformacji, wiatrakach i planach budowy elektrowni jądrowych, to twarde dane nie pozostawiają złudzeń co do tego, co tak naprawdę trzyma polski system energetyczny w ryzach. Na dzień dzisiejszy gwarantem stabilności dostaw prądu do naszych gniazdek i pracy fabryk jest węgiel – zarówno kamienny, jak i brunatny.
To właśnie te dwa surowce stanowią kręgosłup naszej energetyki. Wielkie bloki energetyczne w Bełchatowie, Turowie, Kozienicach czy Opolu pracują nieprzerwanie, zapewniając tak zwaną podstawę systemu (base load). Oznacza to, że niezależnie od tego, czy wieje wiatr, czy świeci słońce, elektrownie węglowe generują moc niezbędną do funkcjonowania państwa. W momentach szczytowego zapotrzebowania lub gdy warunki atmosferyczne unieruchamiają odnawialne źródła energii, to właśnie spalanie węgla kamiennego i brunatnego ratuje nas przed blackoutem. Choć jest to technologia obciążona kosztami emisji i środowiskowo kontrowersyjna, w obecnej sytuacji geopolitycznej i technologicznej jest to nasz najpewniejszy, rodzimy zasób, który zapewnia nam suwerenność energetyczną.
Nie można oczywiście pominąć faktu, że w sektorze gazowym Polska odrobiła lekcję celująco, uniezależniając się od dostaw ze wschodu dzięki gazociągowi Baltic Pipe i terminalowi LNG w Świnoujściu. Jednak to węgiel pozostaje tym stabilizatorem, który sprawia, że system się nie chwieje. Dopóki nie powstanie polska elektrownia jądrowa, a system magazynowania energii z OZE nie zostanie rozbudowany na masową skalę, to właśnie "czarne złoto" – mimo wszystkich swoich wad i kosztów – pozostaje gwarantem tego, że w polskich domach świeci się światło, a przemysł może pracować bez przestojów.
#NieoPolityce