Aktualności
Śmierć w białych rękawiczkach. Jak polska motoryzacja wyjeżdża na boczny tor
Jeszcze niedawno polska motoryzacja była narodowym powodem do dumy – wielkim, bijącym sercem przemysłu, które napędzało gospodarkę, dawało stabilne zatrudnienie tysiącom rodzin i czyniło nas kluczowym ogniwem w europejskim łańcuchu dostaw. Dziś to serce wyraźnie zwalnia, a zamiast huku maszyn i gwaru pracowników, coraz częściej słyszymy ciszę zamykanych hal. Dane z raportu Exact x Forestall to nie jest zwykła statystyka; to akt zgonu dla dziesiątek tysięcy miejsc pracy, który podpisujemy własną nieudolnością.
Skala tego tąpnięcia jest wręcz przerażająca. Bilans lat 2024–2025 to 104 tys. zlikwidowanych etatów w Europie – z czego 54 tys. przypadło na rok 2024, a kolejne 50 tys. na rok 2025 – przy zaledwie 7 tys. nowych miejsc pracy. To dysproporcja, której nie da się ukryć pod płaszczykiem „zielonej transformacji”. Co gorsza, Polska, która miała być europejskim hubem produkcyjnym, w tym smutnym wyścigu o przetrwanie wypada fatalnie. Podczas gdy średnio co czwarta firma (24 proc.) w Unii Europejskiej planuje redukcje, w Polsce odsetek ten sięga szokujących 37 proc. Jesteśmy w tym kryzysie bardziej „europejscy” niż sami liderzy unijnego projektu, tyle że w wersji najbardziej pesymistycznej.
Co poszło nie tak? Odpowiedź jest bolesna w swojej prostocie: zostaliśmy wzięci w kleszcze. Z jednej strony duszą nas koszty, które w ostatnich latach wystrzeliły w kosmos – prąd, płace, regulacje – z których każda kolejna złotówka wydana na produkcję czyni nas mniej atrakcyjnymi dla globalnych graczy. Z drugiej strony na horyzoncie pojawił się azjatycki walec, który bez sentymentów, z tańszą technologią i większą determinacją, przejmuje nasze rynki. My tymczasem, zamiast budować własną przewagę, pogrążyliśmy się w ideologicznym amoku.
Wymuszona elektromobilność, narzucona w tempie, za którym nie nadąża ani rynek, ani infrastruktura, stała się dla polskiego przemysłu gilotyną. Przez lata specjalizowaliśmy się w „spalinówkach” – w silnikach, skrzyniach biegów, układach wydechowych. Dziś te kompetencje stały się balastem, a politycy każą nam płynąć w stronę, na którą nie mamy ani mapy, ani paliwa. Przedsiębiorcy, by przeżyć, desperacko uciekają w automatyzację. I choć brzmi to nowocześnie, to w polskich realiach jest to po prostu smutny sposób na zastąpienie człowieka algorytmem, co potwierdza aż 64 proc. firm widzących w robotach jedyny ratunek przed bankructwem.
Najsmutniejsze w tym wszystkim jest milczenie. Patrzymy, jak po cichu wygasza się naszą przemysłową tożsamość. To już nie jest tylko problem zarządów korporacji – to dramat tysięcy rodzin, dla których praca przy linii montażowej była fundamentem życiowej stabilizacji. Zamiast budować strategię przejścia, która uwzględniałaby realne zdolności polskich zakładów, dryfujemy w stronę deindustrializacji.
Jeśli nie zmienimy kursu – jeśli zamiast dławienia produkcji nie zaczniemy jej realnie chronić i wspierać w czasach przejścia – Polska z roli europejskiego centrum motoryzacyjnego zostanie sprowadzona do roli zaplecza, z którego najcenniejsze zyski już dawno odpłynęły w inne zakątki świata. To nie jest kwestia technologii czy rynku. To kwestia wyboru, którego jako społeczeństwo i państwo boimy się głośno wypowiedzieć: czy naprawdę chcemy patrzeć, jak nasza najważniejsza gałąź przemysłu wyjeżdża na boczny tor, by nigdy z niego nie wrócić? Czy może wreszcie czas przestać udawać, że obecna polityka prowadzi nas gdziekolwiek indziej, niż na dno?
#NieoPolityce