Aktualności
Ręka, która karmi, i ręka, która rani. O czym zapomnieliśmy przy polskim stole
Jeden gest. Ułamek sekundy uchwycony w kadrze. Starsza kobieta, być może babcia, matka, wyciąga środkowy palec w stronę jadących traktorów. Nie ma potrzeby oceniać tej konkretnej osoby – nie znamy jej dnia, jej historii, jej nerwów. Ale ten obraz, niczym soczewka, skupia w sobie coś znacznie większego i bardziej bolesnego niż drogowy incydent. To symbol pęknięcia, które przebiega dziś przez samo serce naszego społeczeństwa.
Kiedy chleb był świętością
Jeszcze nie tak dawno, w zbiorowej pamięci nas wszystkich, rolnik był postacią niemal mityczną. To on wstawał, gdy miasto jeszcze głęboko spało. To on wychodził w pole, gdy inni szukali cienia przed upałem, i to on walczył z mrozem, by zwierzęta przeżyły zimę.
Szanowano go nie za stan konta, ale za poczucie bezpieczeństwa, które dawał.
Patrząc na rolnika, widziało się spękane dłonie, twarz ogorzałą od wiatru i słońca, oraz ten specyficzny rodzaj zmęczenia, który zna tylko ten, kto pracuje z żywiołem. Wiedzieliśmy, że jego ryzyko – susza, gradobicie, zaraza – to nasze ryzyko. Że jeśli on nie zbierze plonów, my nie postawimy na stole chleba. Rolnictwo było służbą. Było fundamentem, na którym stał każdy dom w Polsce.
Fałszywe lustro dobrobytu
Dziś, po latach sączenia nowej narracji, ten obraz wyblakł, zastąpiony przez krzywe zwierciadło.
W oczach wielu, rolnik przestał być żywicielem, a stał się "roszczeniowym biznesmenem". Zamiast człowieka walczącego o przetrwanie ojcowizny, przechodnie widzą "obrzydliwie bogatych obszarników".
Widzą nowoczesne traktory za miliony monet i myślą o luksusie. Nie widzą, że ten traktor to nie zabawka, ale biuro, fabryka i jedyne narzędzie pracy w jednym. Nie widzą kredytów ciągnących się na pokolenia, które sprawiają, że te maszyny należą bardziej do banku niż do kierowcy. Nie widzą pętli zadłużenia i strachu o to, czy ceny skupu pokryją chociaż koszty paliwa i nawozów.
Wmówiono nam, że rolnik blokuje drogę dla kaprysu. Że robi na złość. Że ma dotacje, więc "czego jeszcze chce?". A on chce tylko jednego – by jego praca miała sens. By za pięć, dziesięć lat jego gospodarstwo wciąż istniało.
Kogo zobaczymy, gdy opadnie kurz?
Ten wulgarny gest starszej pani jest bolesnym dowodem na to, jak skutecznie udało się nas podzielić. Patrząc na protestujących, część społeczeństwa nie widzi już ludzi broniących resztek swojej niezależności. Widzi wroga.
Zapomnieliśmy, że jedzenie nie bierze się z półki w markecie. Że mleko nie powstaje w kartonie, a bułka nie rośnie w piecu elektrycznym. Za każdym kęsem, który wkładamy do ust, stoi czyjaś nieprzespana noc, czyjś stres i czyjaś ciężka praca.
Gdy rolnicy wyjeżdżają na ulice, nie robią tego przeciwko nam – konsumentom. Robią to dla nas. Bo kiedy upadną małe i średnie gospodarstwa, kiedy ziemię przejmą koncerny, a żywność stanie się towarem czysto spekulacyjnym, zatęsknimy za tym "chłopem", który dbał o swoją ziemię jak o członka rodziny.
Obyśmy wtedy, patrząc na puste półki lub horrendalne ceny, nie musieli ze wstydem wspominać dnia, w którym zamiast podać rolnikowi rękę, pokazaliśmy mu środkowy palec.
#NieoPolityce