Aktualności
Epifania po polsku: Sześciu było wpadką, Trzech to tradycja, ale Dwóch to nasze narodowe przeznaczenie
Mamy 6 stycznia. Polska zastyga w świątecznym półśnie. Na drzwiach milionów domów pojawia się uświęcona kreda, a w telewizji publicznej i prywatnej trwają transmisje z barwnych, rozśpiewanych orszaków. Jednak gdy dym z kadzidła opada, a tekturowe korony lądują w koszach na makulaturę, nad Wisłą objawia się ta właściwa, świecka tradycja. Wracamy do naszej prawdziwej monarchii konstytucyjnej (choć częściej niekonstytucyjnej), w której od dwóch dekad karty rozdaje – i tasuje – wciąż tych samych dwóch króli.
Historia, jak wiadomo, lubi płatać figle i chichotać zza węgła. Kilka lat temu Ryszard Petru, w natchnieniu godnym antycznego wieszcza (lub ucznia, który zaspał na lekcję religii), ogłosił światu nowinę o istnieniu "Sześciu Króli". Cała Polska parsknęła wówczas śmiechem, memy zalały internet, a polityk stał się symbolem lapsusu. A niesłusznie. Bo choć biblijnie ta matematyka się nie spinała, to politycznie była to wizja bogactwa i pluralizmu, na które nas zwyczajnie nie stać. To było marzenie o demokracji wielobiegunowej. Rzeczywistość skrzeczy jednak inaczej. U nas bowiem nawet Trójca to tłok niemiłosierny. W polskiej polityce, niczym w ciasnej kawalerce, miejsce jest tylko dla Duetu. Reszta to tło, statyści i dostawcy pizzy.
Kacper, Melchior i... Donald z Jarosławem w nieskończonym tangu
Od 2005 roku żyjemy w politycznym "Dniu Świstaka", który zapętlił się i nie chce puścić. Zmieniają się pory roku, zmieniają się papieże, iPhone’y tracą przyciski, samochody stają się elektryczne, a my wciąż tkwimy w tym samym, morderczym klinczu. Mamy dwóch władców absolutnych dusz Polaków: Króla Żoliborza, stratega z Nowogrodzkiej, i Króla Europy, który z doskoku wraca na białym koniu, by ratować co się da. To fenomen socjologiczny na skalę światową. Obaj panowie są dla siebie jak Yin i Yang, jak Batman i Joker, jak Bolek i Lolek – gdyby Lolek chciał zamknąć Bolka w więzieniu, a Bolek postawić Lolka przed Trybunałem Stanu. Istnieją tylko w odniesieniu do siebie. Jeden bez drugiego traci sens, niczym cień bez obiektu, który go rzuca. Gdy jeden krzyczy "Białe!", drugi z automatu, bez sekundy refleksji, musi krzyknąć "Czarne!", nawet jeśli obaj patrzą na tę samą, brudnoszarą ścianę bloku z wielkiej płyty. Gdy jeden rządzi, drugi buduje oblężoną twierdzę, kopie fosy i gromadzi amunicję. Gdy jeden słabnie, drugi paradoksalnie podaje mu tlen, atakując go tak zaciekle i histerycznie, że tamten znów zyskuje poparcie swojego "betonowego" elektoratu, zjednoczonego w strachu przed przeciwnikiem.
Kadencyjna karuzela: 8 lat chudych, 8 lat... też chudych, ale inaczej
System, który wypracowaliśmy przez te dekady, jest genialny w swojej prostocie i okrutny w swojej powtarzalności. To Monarchia Rotacyjna, perpetuum mobile polskiego niezadowolenia. Zasada jest prosta jak konstrukcja cepa: Jeden Król bierze berło na mniej więcej dwie kadencje (magiczne 8 lat). W tym czasie naród – początkowo pełen nadziei – powoli, acz systematycznie, zaczyna go nienawidzić. Zmęczenie materiałem sięga zenitu, arogancja władzy wylewa się z ekranów, afery wypływają jak tłuste oka na rosole, a wskaźniki społecznej irytacji przebijają sufit. Wtedy, na fali tego wkurzenia, wjeżdża Drugi Król – cały na biało (lub w bieli i czerwieni, zależy od sezonu politycznego). Obiecuje rozliczenia, powrót do normalności, "prawo i sprawiedliwość" albo "uśmiechniętą Polskę". Naród wiwatuje, rzuca kwiaty. Król numer 1 schodzi do podziemia, by lizać rany i czekać, bo wie, że czas pracuje na jego korzyść. Mija kilka lat. I co? Okazuje się, że "nowy" Król też ma dwór, który lubi konfitury. Że jego rycerze też bywają niezdarni, chciwi lub leniwi. I nagle ten stary, zapomniany władca, którego chcieliśmy wywieźć na taczkach, zaczyna wydawać się całkiem rozsądną, sentymentalną alternatywą. Wahadło wraca, a my znów stoimy w tym samym punkcie, tylko o kilka lat starsi i bardziej zgorzkniali.
Gdzie są inni Mędrcy? Cmentarzysko trzecich dróg
A co z resztą? Co z tą mityczną "trzecią drogą", z ideową lewicą, z wolnorynkowymi narodowcami? Cóż, w polskiej szopce pełnią oni rolę dekoracyjnych statystów, niezbędnych tylko do utrzymania pozorów pluralizmu. Czasem są pasterzami, którzy coś tam krzykną o niskich podatkach lub prawach kobiet, czasem owieczkami, które jeden z Króli sprytnie zagoni do swojej zagrody, byle tylko zdobyć większość w parlamencie. A czasem są po prostu osiołkiem, na którego grzbiecie Król wjeżdża do pałacu prezydenckiego czy sejmowego, by potem zostawić go przywiązanego przed wejściem. Próbowali różni śmiałkowie. Był charyzmatyczny rockman z ciasteczkiem, który miał rozwalić system, a został jego przystawką. Był "polski Macron" z teczką pełną wykresów, o którym nikt już nie pamięta. Był płaczący nad konstytucją lider ludowy, który miał skleić Polskę. Wszyscy kończą tak samo: zgnieceni przez bezlitosny, duopolowy walec PO-PiS, który nie bierze jeńców, a jedynie wasali.
Darów nie będzie (chyba że wezwanie do prokuratury)
W to święto Trzech Króli warto więc spojrzeć prawdzie prosto w oczy, bez mydlenia ich propagandą. Nie czekajmy na złoto – to rozdał NBP albo poszło na "tarcze". Mirra i kadzidło też są towarem deficytowym przy obecnej inflacji i cenach energii. Nasi Dwaj Królowie przynoszą nam w darze co innego, coś znacznie bardziej trwałego:
- Emocje – bo nic tak nie grzeje w zimowy wieczór jak karczemna kłótnia przy niedzielnym rosole o to, kto bardziej sprzedał Polskę.
- Poczucie stałości – w tym szalonym, zmieniającym się świecie dobrze wiedzieć, że chociaż nienawiść polityczna jest w Polsce wartością niezmienną i przekazywaną z pokolenia na pokolenie.
- Igrzyska – bo chleba może czasem braknąć, masło może drożeć, ale komisji śledczych, aresztowań pokazowych i pasków grozy mamy pod dostatkiem.
Więc pisząc dzisiaj na drzwiach uświęcone K+M+B 2026, pamiętajmy: to wcale nie imiona biblijnych Mędrców ze Wschodu. W wolnym tłumaczeniu na polski realpolitik to skrót, który definiuje naszą rzeczywistość na kolejne miesiące: Kolejna Mocna Batalia.
Do zobaczenia przy urnach. Królowie już czekają, a tron jest tylko jeden – choć chętnych, teoretycznie, milionów trzydzieści osiem.
#nieopolityce