Zagadka stulecia: Cud w Nowym Delhi
Zagadka stulecia: Cud w Nowym Delhi
Szanowni Państwo, stało się. Donald Tusk wywiązał się ze swoich słynnych obietnic i wreszcie naprawił ceny paliw. Co prawda wymagało to pewnych drobnych korekt logistycznych – trzeba było przelecieć około sześć tysięcy kilometrów na wschód, zmienić strefę czasową, a na stacji zamiast uśmiechniętego kasjera z hot-dogiem spotkać pana w turbanie – ale słowo się rzekło. Słynne 5,19 zł za litr wreszcie zawitało pod dystrybutory!
Sęk w tym, że w Nowym Delhi.
Wyobraźcie sobie tę scenę. Premier wysiada z rządowego samolotu, wokół rozpalony indyjski upał, pachnie curry, kardamonem i spalinami milionów tuk-tuków. Donald Tusk rozgląda się po horyzoncie, przeciera oczy i nagle na wielkim, świecącym pylonie stacji Indian Oil dostrzega liczbę: 100,83 INR.
Szybka kalkulacja w głowie, rzut oka na kurs walut… i eureka! Sto rupii to w przeliczeniu – jak by nie patrzył – idealne, wymarzone 5,19 PLN.
– Panie premierze, ale my tu przyjechaliśmy rozmawiać o geopolityce, partnerstwie strategicznym i wielkim handlu! – szepcze do ucha przejęty doradca z MSZ.
– Jaki handel, panie Michale? – odpowiada premier z charakterystycznym uśmiechem, mrużąc oczy. – Widzi pan ten dystrybutor? Niech ktoś natychmiast wrzuci posta na X, że obietnica dowieziona. Tylko na boga, nie dopisujcie w geotagu, że to stan Hariana!
I tak oto tajemnica taniego tankowania została rozwiązana. Żadne tam znoszenie podatków, żadne manewry marżą Orlenu czy rozbijanie monopolu. Po prostu polski kierowca musiał wyzbyć się swojej eurocentrycznej ciasnoty myślenia i zacząć patrzeć na świat globalnie. Chcesz tankować za obiecane 5,19 zł? Wsiadasz w swojego Passata w TDI, mijasz Turcję, Iran, Pakistan (tu zalecamy nie zatrzymywać się na siusiu) i już po dwóch tygodniach walki o życie na azjatyckich trasach meldujesz się pod Nowym Delhi. Na miejscu zalewasz bak pod korek za równe pięć złotych z groszami, oszczędzasz 1,50 zł na litrze i z poczuciem dobrze spełnionego obywatelskiego obowiązku wracasz do Radomia. Oczywiście na powrót spalisz cztery baki, ale jaka satysfakcja! Jaka duma z zielonej wyspy!
Są też – jak to w Indiach – pewne pikantne szczegóły. Premier, jak na wytrawnego gracza przystało, od razu zauważył, że indyjski system opłat stanowych przypomina nasze rodzime, swojskie patologie. W jednym stanie tankujesz za równowartość 4,70 zł, ale przejedziesz miedzę do drugiego i nagle łup – ponad 5,60 zł! Zapewne to sprawka lokalnych baronów, którzy nakładają podatki od świętych krów stojących na środku skrzyżowania.
Ale nie czepiajmy się drobiazgów, bo polityczny pragmatyzm znów wygrał. Gdy następnym razem na stacji w Warszawie zobaczycie na wyświetlaczu 6,70 zł i poczujecie, jak skacze Wam ciśnienie, przypomnijcie sobie ten widok: gdzieś tam, nad brzegami Gangesu, Donald Tusk patrzy na dystrybutor z napisem „102 INR” i z ulgą melduje wykonanie zadania.
Świat stał się w końcu globalną wioską. A że do najbliższego taniego dystrybutora trzeba jechać przez pół świata i omijać stada słoni? No cóż... nikt przecież nie obiecywał, że przedwyborcze obietnice będą łatwe w odbiorze. Co najwyżej trzeba do nich dokupić wizę i solidny zapas leków na żołądek.
#NieoPolityce