Za króla Sasa, czyli energetyczna biesiadka rodem z XXI wieku
Za króla Sasa, czyli energetyczna biesiadka rodem z XXI wieku
Przypomnijmy złote słowa polskiej historii: „Za króla Sasa jedz, pij i popuszczaj pasa”. W XVIII wieku szlachta na potęgę biesiadowała, trwoniła majątki i udawała, że wokół wszystko jest w najlepszym porządku, podczas gdy Rzeczpospolita zmierzała nad przepaść. Minęły wieki, zmieniły się krawaty, ale reżyseria pozostała ta sama. Dzisiejsza „szlachta energetyczna” urządziła sobie dokładnie taki sam huczny folwark, tyle że w realiach roku 2026.
Koryto obfitości i miliony ton widmo
Spójrzmy na najnowsze statystyki, które zamiast mrozić krew w żyłach, powinny rozgrzewać do czerwoności:
- Styczeń–maj 2026: Do Polski sprowadzono o ponad milion ton węgla więcej niż w analogicznym okresie roku ubiegłego.
- Maj 2026: Sam ten miesiąc przyniósł rekordowy wzrost importu o około 75% rok do roku, a eksperci ostrzegają, że to dopiero skromna rozgrzewka przed tym, co pokazują dane z kolejnych miesięcy.
- Profil surowca: Chodzi głównie o węgiel energetyczny.
Skąd ta nagła miłość do zagranicznego czarnego złota? Oficjalnie surowiec płynie szerokim strumieniem z Kazachstanu – co w praktyce stanowi zgrabny eufemizm na węgiel rosyjski, który po drodze zmienił paszport.
Szlacheckie alibi: To nie my, to wina... no właśnie, kogo?
I tu dochodzimy do klasycznego szlacheckiego mechanizmu wyparcia. Kiedy za czasów saskich trwoniono majątek, winny był zawsze ktoś inny: a to sąsiad, a to pogoda, a to chłop w polu. Dzisiejsza „szlachta energetyczna” w postaci państwowych gigantów – PGE, Tauron i Enea – opanowała tę sztukę do perfekcji. Biją się w piersi z anielską niewinnością i zarzekają chórem:
„Ależ skąd! My? Używać importowanego węgla?! Przenigdy! My jedziemy wyłącznie na polskim, czystym surowcu!”
I w tym momencie w głowie rodzi się fundamentalne, szekspirowskie pytanie: Skoro wielkie spółki go nie dotykają, to wina kogo?! Kto, do cholery, przepuszcza przez kominy te miliony ton? Czy ten węgiel z Kazachstanu jest potajemnie spalany w prywatnych kominkach ministrów, czy może znika w tajemniczej czarnej dziurze? Spółki umywają ręce jak Piłat, a czarne złoto sprowadza się na potęgę.
Finał z chrustem w tle
Ministerstwo i rządowi specjaliści mogą dalej wmawiać społeczeństwu, że węgla nie zabraknie. Oczywiście, że nie zabraknie! Przecież zawsze można sięgnąć po wypróbowane metody poprzedników i uruchomić narodowy program zbierania chrustu – za czasów Sasów drewna w lasach nie brakowało, a i dziś, łącząc dawne tradycje z wizjami politycznych mistrzów (od Donalda Tuska po Jacka Sasina), zimą nikt z nas nie zmarznie.
Jedno jest pewne: podczas gdy energetyczna szlachta bawi się w najlepsze, popijając swoje sukcesy, obywatelom pozostaje tradycyjne staropolskie: jedz, pij i... szykuj się na rachunki grozy.
#NieoPolityce