Wielki Brat w kieszeni, czyli jak smartfon zamienił zwykłe zakupy w grę survivalową
Wielki Brat w kieszeni, czyli jak smartfon zamienił zwykłe zakupy w grę survivalową
Dawno minęły czasy, gdy człowiek szedł do sklepu po prostu dlatego, że skończyły mu się zapasy w lodówce. Kiedyś szczytem technologicznego zaawansowania była pomięta kartka papieru i ołówek wetknięty za ucho. Dzisiaj zakupy to skomplikowana operacja logistyczno-cyfrowa, a naszym centrum dowodzenia stał się smartfon. Urządzenie, które miało służyć do kontaktu ze światem, przejęło całkowitą kontrolę nad tym, gdzie chodzimy, jak płacimy i co właściwie ląduje na naszych talerzach. Staliśmy się zakładnikami własnych ekranów, a algorytmy wielkich sieci handlowych doskonale wiedzą, jak tę naszą cyfrową zależność wykorzystać.
Współczesny konsument nie wybiera już sklepu dlatego, że jest blisko albo ma świeży chleb. O tym, gdzie i jak kupujemy, decyduje wyłącznie kapryśna aplikacja. To ona, za pomocą natrętnych powiadomień push, potrafi obudzić nas w środku nocy i zasygnalizować, że jeśli natychmiast nie przejdziemy trzech kilometrów do najbliższego dyskontu, ominie nas życiowa szansa. Telefon stał się naszym portfelem, naszą kartą lojalnościową, naszym kompasem i bezwzględnym sędzią. Bez sponstruowanego przez korporację profilu cyfrowego jesteśmy w sklepie nikim – anonimowymi przechodniami, którzy za kostkę masła muszą zapłacić podwójnie, karani za brak miłości do nowoczesnych technologii.
Kulminacją tego technologicznego szaleństwa są promocje, które wyglądają, jakby wymyślił je szalony matematyk połączony z programistą gier RPG. Wyobraźmy sobie najnowszy hit marketingowy, który wymaga od nas nie tylko posiadania telefonu, ale też pełnej synchronizacji z czasem kosmicznym. Oto nadchodzi piątek, godzina dziewiąta rano, a my stoimy przed wyzwaniem stulecia. Aby zdobyć upragnione mleko z żółtą nakrętką w konfiguracji, gdzie kupując sześć butelek, płacimy za cztery, a legendarwą piątą otrzymujemy za połowę ceny, musimy najpierw złożyć krwawą ofiarę z innych produktów. Nasz koszyk musi dumnie prezentować zielonego ogórka, żółtą paprykę i kostkę prawdziwego masła.
W tym momencie tradycyjne zakupy zamieniają się w polowanie na kody i sekundy. Kluczem do sukcesu jest aktywacja odpowiedniego kuponu w aplikacji, co wcale nie jest proste, gdy setki innych zdesperowanych łowców okazji próbuje zrobić to samo, skutecznie blokując lokalny nadajnik sieci komórkowej. Stoimy więc w alejce nabiałowej, trzymając telefon nad głową niczym starożytny kapłan szukający kontaktu z bóstwem, modląc się o chociaż jedną kreskę zasięgu LTE. Kiedy w końcu ekran błyśnie upragnionym zielonym kolorem, czeka nas najtrudniejsza część misji: zsynchronizowanie podejścia do kasy z zegarem atomowym.
Promocja ma bowiem bezwzględny haczyk, który testuje naszą odporność psychiczną. Działa wyłącznie do godziny dziesiątej rano i – co jest absolutnym szczytem perfidii twórców aplikacji – tylko w minuty parzyste. W tym scenariuszu smartfon przestaje być narzędziem, a staje się tykającą bombą. Podchodząc do kasy o godzinie dziewiątej czterdzieści trzy, musisz rzucić się rejtanem na taśmociąg i błagać kasjerkę, by wstrzymała skanowanie ogórka. Czekacie wspólnie, ignorując pełne nienawiści spojrzenia ludzi stojących za wami w kolejce. Wzrok wszystkich utkwiony jest w jednym punkcie: w ekranie Twojego telefonu, gdzie sekundy odmierzają czas do godziny dziewiątej czterdzieści cztery. Dopiero gdy cyfra się zmienia, rzucasz hasło do skanowania, a system, po zweryfikowaniu Twojego numeru telefonu i przeanalizowaniu całej historii Twojego życia zapisanej w chmurze, łaskawie nalicza te kilkadziesiąt groszy rabatu.
Wychodząc ze sklepu, człowiek czuje dziwną mieszankę dumy i głębokiego upokorzenia. Z jednej strony oszukaliśmy system, pokonaliśmy algorytm i przetrwaliśmy piątkowy poranek. Z drugiej strony, stojąc na parkingu z siatką pełną żółtych papryk, masła i sześciu butelek mleka, z których połowa ma nakrętki w złym odcieniu żółci, dociera do nas bolesna prawda. Oddaliśmy naszą wolność, nasz czas i masę danych osobowych małej czarnej skrzynce w kieszeni, tylko po to, by poczuć złudne tchnienie sukcesu przy kasie numer trzy. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że jutro rano telefon znowu zawibruje, informując o promocji na parówki w nieparzyste czwartki. I znowu tam pójdziemy.
#NieoPolityce