Emerytury z Rio, rachunek z Warszawy. Kto zapłaci za egzotyczną hojność państwa?
Emerytury z Rio, rachunek z Warszawy. Kto zapłaci za egzotyczną hojność państwa?
Kiedy słyszymy, że krajowy system ubezpieczeń społecznych ledwo wiąże koniec z końcem, a z budżetu państwa trzeba dosypywać do niego dziesiątki miliardów złotych rocznie, łatwo wyobrazić sobie państwo skupione na zaciskaniu pasa i pilnowaniu każdej złotówki. Nic bardziej mylnego. Równolegle do dramatycznych apelów o oszczędności toczą się dyplomatyczne procesy o globalnym zasięgu, dzięki którym polska emerytura staje się projektem otwartym na cały świat. Ostatni przystanek? Brazylia.
Sama idea brzmi niemal idyllicznie. Ktoś popracuje nad polskim morzem, potem spakuje walizkę i ruszy na Copacabanę, a biurokraci obu krajów z gracją połączą jego składki w jedną, spójną historię ubezpieczeniową. Żadnego podwójnego płacenia, żadnego tracenia lat pracy. Brzmi to nowocześnie, europejsko i niezwykle humanitarnie. Papier przyjmie wszystko, a urzędnicy z uśmiechem przybiją pieczątkę na kolejnej umowie międzynarodowej.
Szkopuł tkwi w detalach, które w zderzeniu z polską rzeczywistością ekonomiczną przypominają żart z czarnego humoru. W naszym systemie funkcjonuje mechanizm dopłat do minimalnej emerytury. Jeśli komuś zsumowane okresy pracy – niezależnie od tego, czy wyrobione przy taśmie w Łodzi, czy w słonecznym Rio – dają kwotę niższą niż ustawowe minimum, państwo polskie różnicę dopłaca. Z własnej kieszeni. A dokładniej: z kieszeni tych, którzy codziennie rano wstają do pracy, prowadzą firmy i odprowadzają składki nad Wisłą.
Skala tego zjawiska nie jest już ukrytą ciekawostką statystyczną. Koszty takich dopłat dla cudzoziemców wystrzeliły w ostatnich latach w tempie, które mogłoby wpędzić w zawrót głowy każdego rozsądnego księgowego. Skok z kilkudziesięciu milionów do ponad stu kilkudziesięciu milionów w zaledwie kilka lat pokazuje, że ten mechanizm żywi się własnym życiem. Kiedy do systemu opartego na gigantycznych dotacjach budżetowych – przekraczających już dziewięćdziesiąt miliardów złotych rocznie – dopisuje się kolejne kraje o wielomilionowej populacji, rachunek prawdopodobieństwa zaczyna przypominać rosyjską ruletkę.
Najbardziej uderzający w tym wszystkim jest brak podstawowej transparentności. Zanim podpisze się dokument wiążący polskiego podatnika z kolejnym systemem emerytalnym na innej półkuli, ktoś powinien zadać najprostsze pytanie świata: ile to będzie kosztować za dekadę, dwie czy trzy? Gdzie są symulacje? Gdzie twarde dane o maksymalnej ekspozycji budżetu państwa, który przecież nie ma własnych pieniędzy – dysponuje jedynie tym, co uda mu się ściągnąć od obywateli?
Państwo rozdające cudze zobowiązania z szlachetną miną dobroczyńcy szybko zapomina, że zaufanie społeczne nie jest zasobem odnawialnym. Młody przedsiębiorca czy pracownik etatowy, który z trudem opłaca rosnące składki i patrzy w przyszłość z głębokim niepokojem, ma pełne prawo oczekiwać czegoś więcej niż retoryki o międzynarodowej solidarności. Chce wiedzieć, czy za trzydzieści lat, kiedy sam zapuka po swoje świadczenie, system nie odpowie mu dźwiękiem pustej puszki. Bo solidarność finansowana z cudzej kieszeni, której końca nikt nie potrafi lub nie chce oszacować, to już nie jest polityka społeczna. To czysta gra w ciemno, w której stawką są oszczędności całego pokolenia.
#NieoPolityce