Aktualności
Ekologiczny odrzutowiec świętego Gianniego, czyli jak piłka ocala planetę
Spoglądając przez okno luksusowego odrzutowca sunącego majestatycznie nad chmurami, Gianni Infantino musi odczuwać głęboką, metafizyczną wręcz satysfakcję. Gdzieś tam na dole, w gęstym smogu rozgrzanych miast Ameryki Północnej, trwa właśnie rozrośnięty do granic absurdu Mundial 2026. Czterdzieści osiem reprezentacji, sto cztery mecze i dystanse między stadionami tak gigantyczne, że mapę turnieju trzeba by drukować na prześcieradle. Dla przeciętnego śmiertelnika, zmuszonego do picia ciepłej coli przez rozmoczoną papierową słomkę, ta logistyczna orgia może wyglądać jak klimatyczny sabotaż. Ale nie dla FIFA. W zurychskich gabinetach od dawna wiedzą przecież, że najkrótsza droga do uratowania ziemskiej atmosfery prowadzi przez spalenie kilku milionów galonów paliwa lotniczego.
Obecne mistrzostwa to zresztą zaledwie rozgrzewka przed prawdziwym festiwalem ekologicznego wizjonerstwa, jaki zaplanowano na rok 2030. Organizacja turnieju na trzech kontynentach jednocześnie to absolutny majstersztyk czystej, niczym niezmąconej miłości do planety. Wyobraźmy sobie te wzruszające sceny: reprezentacja narodowa wsiada w samolot w Paryżu, leci kilkanaście godzin przez Ocean Atlantycki, żeby rozegrać jeden mecz w Urugwaju z okazji stulecia turnieju, po czym natychmiast wraca do Europy. To nie jest zwykła podróż, to pielgrzymka klimatyczna. Przepis na czyste sumienie jest banalnie prosty: emitujesz tyle gazów cieplarnianych, ile tylko dusza zapragnie, a potem kupujesz magiczne certyfikaty na sadzenie lasów w miejscu, do którego nigdy w życiu nie pojedziesz. Co z tego, że szwajcarska komisja uczciwości uznała te deklaracje za ordynarne wprowadzanie opinii publicznej w błąd? Liczy się intencja. Jeśli prezes Infantino głęboko wierzy, że sadzonka bambusa na drugim końcu świata zneutralizuje ślad węglowy jego prywatnego odrzutowca, to jest to wiara godna najwyższego szacunku.
Najpiękniejszy w tym wszystkim jest jednak głęboki podział ról, jaki FIFA zarysowała w swoim zielonym uniwersum. Na dole piramidy stoi szary kibic, który ma potulnie segregować plastikowe kubki na stadionie, cierpieć w imię ekologii i czuć moralne obrzydzenie do samego siebie za to, że na mecz podjechał starym samochodem. Na samej górze zasiada natomiast piłkarska arystokracja, która w lożach VIP debatuje o zrównoważonym rozwoju, zajadając kawior z biodegradowalnych miseczek. Planeta może i płonie, lodowce mogą spływać do oceanów, ale dopóki na bandach reklamowych wyświetlają się piękne, zielone hasła, a konta bankowe federacji pękają w szwach, światowy futbol pozostaje bezpieczny.
I tu dochodzimy do największego, najbardziej fascynującego paradoksu współczesnego świata. Bo pod tą całą grubą warstwą korporacyjnego absurdu, garniturów z Zurychu i bezwzględnego greenwashingu, wciąż kryje się najprostsza i najpiękniejsza gra świata. To niesamowite, jak potężną magię ma w sobie ten sport, skoro potrafi przetrwać fakt, że zarządzają nim ludzie tak potwornie oderwani od rzeczywistości. Futbol stał się zakładnikiem własnego sukcesu i popularności – jest zbyt dochodowy, żeby bezwzględny biznes zostawił go w spokoju. Miliony ludzi na całym świecie mogą bezgranicznie gardzić decyzjami FIFA, kpić z kolejnych pomysłów Infantino i bojkotować absurdalne turnieje, a potem... i tak o dwudziestej piętnaście siadają przed telewizorami lub idą na stadiony.
Na koniec dnia miłość do barw klubowych, zapach skoszonej trawy i te czyste, nieprzewidywalne emocje, gdy piłka wpada do siatki w doliczonym czasie gry, są po prostu silniejsze niż jakakolwiek korporacyjna patologia. FIFA może rozszerzać turnieje do granic możliwości, zamieniać ekologię w tani produkt marketingowy i kazać latać reprezentacjom przez trzy kontynenty, ale nie jest w stanie zniszczyć samej istoty tej gry. Na samym dnie tej komercyjnej machiny wciąż chodzi przecież o to samo, o co chodziło dzieciakom rzucającym dwa plecaki zamiast słupków bramki na podwórku: o tę jedną, zdartą futbolówkę i radość, której żaden działacz z Zurychu nie potrafi przeliczyć na dolary ani na tony dwutlenku węgla. Planeta może i zmierza ku końcowi, ale dopóki sędzia nie zagwiżdże po raz ostatni, będziemy patrzeć w ekran z zapartym tchem.
#NieoPolityce