Cyfrowy Knebel 2.0. Kto naprawdę wygasza polski internet?
Cyfrowy Knebel 2.0. Kto naprawdę wygasza polski internet?
Kiedy na profilu tak wyrazistego związku zawodowego jak WZZ Sierpień ’80 nagle spadają zasięgi, a nagrania wideo znikają bez wyraźnego powodu, w głowie automatycznie zapala się czerwona lampka. Czy wróciliśmy do czasów PRL-u? Czy partyjni dygnitarze znowu mają bezpośrednie telefony do centrali, by jednym kliknięciem uciszyć niewygodny głos klasy robotniczej?
Prawda o współczesnej cenzurze w Polsce jest bardziej skomplikowana – i przez to znacznie bardziej niebezpieczna. Dzisiejsi cenzorzy nie noszą garniturów z logiem partii rządzącej. Ukrywają się za linijkami kodu w Dolinie Krzemowej i automatycznymi systemami moderacji treści.
Jak działa współczesny knebel?
Zapomnijmy o urzędnikach z pieczątkami przeglądających każdą stronę. Dzisiejsza "cenzura" to proces zautomatyzowany, bezwzględny i skrajnie nietransparentny. Odbywa się głównie za pomocą trzech mechanizmów:
- Shadowbanning (ukrywanie zasięgów): To najbardziej perfidna metoda. Twój profil działa, możesz publikować, ale algorytm sztucznie ogranicza widoczność Twoich postów. Piszesz do próżni, a Twoi odbiorcy muszą celowo wejść na Twój profil, by dowiedzieć się, że w ogóle coś wrzuciłeś.
- Terroryzm zgłoszeniowy (Brigading): Zorganizowane grupy – czy to opłacani trolle polityczni, czy korporacyjni lobbyści – koordynują masowe zgłaszanie konkretnych filmów lub postów. Dla algorytmu Meta (Facebooka) tysiąc zgłoszeń w godzinę to sygnał: "Tu dzieje się coś złego, zablokuj to natychmiast". Blokada następuje automatycznie. Odwołanie? Rozpatruje je kolejny bot albo przeciążony moderator z Azji Południowo-Wschodniej, który nie ma pojęcia, czym jest Sierpień ’80.
- Algorytm "bezpieczeństwa reklamowego" (Advertiser-friendly): Monopolistom z Doliny Krzemowej zależy wyłącznie na zysku. Treści o strajkach, prawach pracowniczych, protestach czy ostrych konfliktach społecznych są oznaczane jako "nieprzyjazne reklamodawcom" i spychane na margines cyfrowego niebytu.
Współczesna cenzura nie polega na tym, że nie wolno Ci mówić. Polega na tym, że nikt Cię nie usłyszy.
Czy politycy maczają w tym palce?
A owszem, ale rzadko robią to bezpośrednio. Wpływ władzy na internet w Polsce realizuje się na dwa sposoby:
1. Systemowe donosicielstwo
Agencje rządowe, ministerstwa oraz powiązane z nimi fundacje posiadają tzw. statusy zaufanych partnerów (trusted flaggers) u gigantów technologicznych. Ich zgłoszenia dotyczące rzekomej "dezinformacji" czy "mowy nienawiści" są rozpatrywane w pierwszej kolejności i niemal bezdyskusyjnie. Granica między walką z kłamstwem a uciszaniem krytyków rządu jest niezwykle cienka – i politycy nader chętnie ją przekraczają.
2. Alibi z Brukseli
Unijny Akt o usługach cyfrowych (DSA – Digital Services Act), który miał cywilizować internet, dał platformom idealne alibi do nadgorliwego blokowania wszystkiego, co kontrowersyjne. W obawie przed gigantycznymi karami finansowymi, Facebook, YouTube czy TikTok wolą usunąć dziesięć legalnych, ale "ostrych" filmów publicystycznych, niż ryzykować pozostawienie jednego, który mógłby naruszyć niejasne przepisy.
Dlaczego Sierpień ’80 jest na celowniku?
Związki zawodowe z natury posługują się językiem walki. Mówią o wyzysku, niesprawiedliwości, korporacyjnej chciwości i błędach rządzących. Dla korporacyjnych algorytmów słowa takie jak "walka", "protest", "strajk" czy ostra krytyka spółek skarbu państwa są traktowane jako potencjalne naruszenie zasad społeczności (np. "nękanie" lub "nawoływanie do przemocy").
To potworny paradoks: platformy, które miały dać głos każdemu, stają się narzędziem pacyfikacji debaty publicznej. Internet w Polsce nie jest czysty od cenzury. Jest nią przesiąknięty, tylko dawny czerwony ołówek zastąpiono niewidzialnym, algorytmicznym algorytmem tnącym zasięgi.
Czas zacząć głośno pytać: kto naprawdę rządzi debatą publiczną w Polsce? Wybrany w wyborach naród, czy algorytmy korporacji, którymi tak łatwo manipulować z tylnego siedzenia rządowych limuzyn?
#NieoPolityce