BEZCZELNE PERPETUUM MOBILE, CZYLI JAK PARTYJNA SZARAŃCZA OD LAT DZIEWIĘĆDZIESIĄTYCH STRZYŻE POLSKIEGO ROBOTNIKA
BEZCZELNE PERPETUUM MOBILE, CZYLI JAK PARTYJNA SZARAŃCZA OD LAT DZIEWIĘĆDZIESIĄTYCH STRZYŻE POLSKIEGO ROBOTNIKA
Od ponad trzydziestu lat uczestniczymy w tym samym, ordynarnym seansie iluzji, gdzie na scenie zmieniają się tylko fryzury premierów i logotypy na partyjnych sztandarach, a sam mechanizm dojenia państwa działa z precyzją szwajcarskiego zegarka. Jako związkowcy z WZZ „Sierpień 80” oglądamy ten spektakl z pierwszego rzędu – prosto z poziomu kopalń, hut, fabryk i warsztatów pracy – i z pełną odpowiedzialnością mówimy: dość tego cyrku. Cała ta transformacja ustrojowa i rzekome „ratowanie Polski” zamieniły się w genialnie zaprojektowany, czteroletni cykl wielkiego oszustwa, w którym rola polskiego robotnika ogranicza się wyłącznie do płacenia podatków i wrzucania głosu do urny. Wszystko zaczyna się zawsze tak samo, od wielkich, płomiennych obietnic i gróźb, co to się nie stanie, gdy nowa ekipa dopadnie wreszcie władzy.
Przez pierwszy rok po wyborach nowi ministrowie wchodzą do gabinetów, otwierają szuflady i z teatralnym przerażeniem łapią się za głowy, krzycząc do kamer, że poprzednicy zostawili tu spaloną ziemię, długi i ruinę, a cud gospodarczy polega na tym, że ten kraj w ogóle jeszcze stoi na mapie. Rusza wielka machina audytów, komisji śledczych i medialnych igrzysk, która ma jedno proste zadanie: przygotować grunt pod wyjaśnienie ciemnemu ludowi, dlaczego obiecanych podwyżek i reform nie będzie. Gdy kurtyna opada, płynnie wchodzimy w drugi rok kadencji, czyli fazę głębokiej zadumy, w której państwo stoi w miejscu, szpitale bankrutują, a urzędnicy i partyjni doradcy zamykają się w klimatyzowanych pokojach, żeby za gigantyczne pieniądze debatować nad strategią wdrożenia strategii rozwoju. W trzecim roku w sztabach wyborczych nagle wybucha panika, bo ktoś patrzy w kalendarz i orientuje się, że za chwilę kolejne głosowanie, więc trzeba szybko sklecić jakąś przedwyborczą „przegrywkę”, rzucić narodowi parę groszy ochłapu z jego własnych podatków i zamknąć usta najbardziej wściekłym grupom społecznym. Czwarty rok to już czysta, bezczelna propaganda i festiwal kłamstwa, gdzie ci sami ludzie, którzy przez trzy lata rozkładali bezradnie ręce, nagle mają receptę na uzdrowienie wszystkiego i proszą o kolejną kadencję, bo przecież muszą dokończyć swoje wielkie, niedokończone dzieło.
W tym politycznym cyrku podział ról między głównymi aktorami jest stały i niezmienny od dekad. Platforma Obywatelska ratuje nas swoją mityczną „europejskością” i procedurami, co w praktyce oznacza, że gdy w budżecie brakuje pieniędzy na podstawowe potrzeby, oni powołają radę nadzorczą, która zleci panel ekspercki w luksusowym hotelu, byle tylko w Brukseli nas pochwalili za ładne tabelki, podczas gdy w powiatowym szpitalu właśnie kończą się strzykawki. Po drugiej stronie barykady stoi Prawo i Sprawiedliwość, które z kolei ratuje nas przed całym światem, budując narrację oblężonej twierdzy, stawiając nowe pomniki i pompując miliardy w kolejne Instytuty ds. Badania Wszystkiego, gdzie intratne posady dostają wyłącznie krewni i znajomi królika. Do tej menażerii idealnie pasuje dzisiejsza kawiorowa Lewica, która o prawach pracowniczych najchętniej dyskutuje przy sojowym latte w warszawskich salonach, tocząc w mediach społecznościowych śmiertelne boje o zaimki i ekologię, podczas gdy prawdziwego robotnika z prowincji widziała co najwyżej na archiwalnych plakatach. Nad tym wszystkim unosi się Polskie Stronnictwo Ludowe, czyli absolutny mistrz politycznego survivalu, który nie musi wygrywać wyborów, bo jako wieczny, bezideowy bluszcz owinie się wokół każdego rządu, byle tylko utrzymać wpływy w agencjach rolniczych i zapewnić stołki swoim chłopakom. Całość tej układanki uzupełniają tak zwane komety jednego sezonu, czyli te wszystkie Nowoczesne, Kukizy czy inne Polski 2050, które co kilka lat wbiegają na scenę w białych koszulach, krzycząc o końcu kolesiostwa, a po roku ich posłowie uciekają do większych partii, zostawiając po sobie jedynie niespłacone faktury za kampanię.
Najbardziej obrzydliwe w tym całym spektaklu jest to, że niezależnie od kryzysów, inflacji i upadających gałęzi przemysłu, jedna grupa społeczna w Polsce nigdy nie biednieje i są to właśnie działacze partyjni oraz zblatowana z nimi elita. System stworzył idealną synekurę dla swoich, gdzie legitymacja partyjna stała się najlepszym dyplomem i gwarantem życiowego sukcesu. Nagle okazuje się, że wczorajszy asystent posła zostaje wiceprezesem państwowego giganta energetycznego, zaprzyjaźnieni mecenasi inkasują miliony za pisanie nikomu niepotrzebnych opinii prawnych, a lekarze z partyjnego nadania zarządzają szpitalami metodą korporacyjnych cięć kosztem zdrowia pacjentów. Na ekranach telewizorów ci ludzie mogą skakać sobie do gardeł, wyzywać się od zdrajców i agentów, ale gdy gasną światła jupiterów, w kuluarach przy rozdziale rad nadzorczych, kontraktów i dotacji panuje pełna, ponadpartyjna zgoda, bo pieniądz wyciągnięty z kieszeni podatnika nie ma barw partyjnych i pachnie tak samo dobrze każdemu z nich. Polska od lat dziewięćdziesiątych jest nieprzerwanie ratowana przez te wszystkie ekipy i to, że ten kraj jeszcze w ogóle istnieje na mapie, nie jest zasługą geniuszu polityków z Wiejskiej, ale ciężkiej, codziennej pracy milionów Polaków, którzy codziennie o piątej rano wstają do roboty, by utrzymać ten cały nienażarty cyrk na własnych barkach. Czas najwyższy zatrzymać tę karuzelę dla tłustych kotów, bo każdą, nawet najbardziej zardzewiałą maszynę da się w końcu zatrzymać – wystarczy, że my, ludzie pracy, odetniemy jej dopływ prądu.
#NieoPolityce