Wojciech Błasiak*
STRUKTURA MANIPULACJI
czyli jak to się robi w tygodniku "Polityka"
Bretton Woods i tygodnik "Polityka"
Gdzieś koło 20 lutego tego roku zadzwonił do mnie dziennikarz
jednej z regionalnych gazet śląskich. Zapytał mnie czy to prawda, że uczestniczyłem
w zorganizowanej przez Instytut Schillera z Waszyngtonu konferencji w Bretton
Woods. Cierpliwie wyjaśniłem mu, iż byłoby to nawet fizycznie niemożliwe,
jako że urodziłem się dobre kilka lat po 1944 roku. A prawdą jest tylko
to, że jako jeden z czterech posłów na Sejm II Kadencji miałem odwagę podpisać
w 1996 roku "Pilny apel do Prezydenta Clintona o zwołanie nowej konferencji
w Bretton Woods", w którym kilkuset polityków z różnych krajów ostrzegało
przed nadciągającym światowym krachem finansowym. Inicjatorem tego apelu
był właśnie Instytut Schillera z Waszyngtonu. Dodałem też, że skoordynowane
w czasie i w przestrzeni prasowej "zainteresowanie" Instytutem Schillera
w Polsce wskazuje na możliwy udział w tym "przedsięwzięciu" służb specjalnych,
choć nie wiem, czy polskich. Jako żywo przypomina bowiem prasową nagonkę
na premiera Waldemara Pawlaka. Nieco zaskoczony mój rozmówca odpowiedział,
że jego zainteresowanie "Schillerem" powstało pod wpływem artykułów w tygodniku
"Polityka". Ponieważ nie czytuję "Polityki" dla i z zasady od 1975
roku, postanowiłem tym razem dowiedzieć się u źródła, cóż takiego interesującego
pisze o Instytucie Schillera, iż wzbudza zainteresowanie regionalnych mediów.
I tak trafiłem na artykuł Wojciecha Markiewicza "Stawka na Leppera"
("Polityka", 20-02-1999 r.). Jego główna teza brzmiała: "W "Polityce" nr
6 informowaliśmy, że Andrzej Lepper" jest wspierany - co najmniej ideowo
- przez Instytut Schillera. Organizacja ta jest obecna w Polsce nie od
dziś i szuka przyczółków na wielu frontach. Jej patron, Lyndon H. LaRouche
ma korzenie marksistowskie i trockistowskie. Dziś jego idee znajdują posłuch
u tych, którzy - tak jak on - uważają ,że fortecą przeciwko globalnemu
rządowi spekulantów jest narodowe państwo oparte na prawie naturalnym".
Postanowiłem tedy przyjrzeć się bliżej technikom i metodom dowodzenia
powyższej tezy.
Wiązanie insynuacjami.
Sam artykuł ma dwie strony "rozkładówki" z kompozycją czterech
wizerunków: łba świni nabitego na kij z ceną 1,80 zł na otwarcie pierwszej
strony, oraz zdjęciami logo Instytutu Schillera i niewielką podobizną Helgi
Zepp - LaRouche (żony Lyndona H. LaRouche). Formalnie ma to ilustrować
związek "Samoobrony" i Andrzeja Leppera z Instytutem. Faktycznie ma wywołać
działające na podświadomość negatywne skojarzenia estetyczne z Instytutem
i jego liderami.
W dowodzeniu tezy o związku między działaniami "Samoobrony" i
Instytutu Schillera posłużono się grą insynuacji. Najpierw mamy przypuszczenie
Jana Marii Rokity, że "Samoobrona może być finansowana z funduszy zagranicznych".
Potem mamy rozwinięcie domniemania, iż Lepper nie może sam z siebie robić
tego co robi. Nie może, ponieważ sam twierdzi, iż to Goebbels "ustawiał
Hitlera". "Kto w takim razie ustawia Leppera? Skąd ma tą wiedzę" pyta autor.
I zaraz kolejną insynuacją sam odpowiada sobie w postaci pytania - "Czy
szefa "Samoobrony" finansuje prorosyjski Instytut Schillera?" Związków
merytorycznych tu co prawda brak, ale ta gra wielorakich insynuacji tworzyć
może przekonanie, iż co prawda poszczególne wiązania są absurdalne lecz
przy takiej ich ilości i zapętleniu coś w tym może jest.
W mniej skomplikowany sposób dowodzona jest teza o prorosyjskości
LaRouche'a - "Można odnieść wrażenie - twierdzili informatorzy "Polityki"
- że Instytut Schillera to agentura moskiewskich kół, które nie chcą wejścia
Polski, Czech i Węgier do NATO i Unii. Tym bardziej, że szef amerykańskiej
partii matki dla Instytutu Schillera Lyndon H. LaRouche, przyjeżdżał do
Polski zawsze z Rosji". Tajemniczy "informatorzy Polityki" nie informują
przy tym o faktach, tylko o dziwo o swoich "wrażeniach", które jeszcze
na dodatek nie tyle oni sami odnoszą, tylko tak w ogóle "można odnieść".
Dlaczego? tego już nie mówią, a jakby na dodatek ("zwłaszcza") podają
fakt, iż do Polski Lyndon H. LaRouche przyjeżdżał z Rosji (kiedyś agenturalności
Tymińskiego dowodzono na podstawie tego, że miał międzylądowanie samolotu
w Trypolisie w Libii). Ale nawet tu następują przekłamania, gdyż LaRouche
był w Polsce z tego co wiem tylko raz. Autor zaś celowo używa słowa "zawsze",
chcąc stworzyć wrażenie jakiejś stałej praktyki lot
ów samolotem, z których
coś wynika.
Manipulacja znaczeniem słów.
Zasadniczą techniką tworzenia struktury dezinformacji jest manipulowanie
słowami i ich sensem. I tak w sugerowaniu, iż pieniądze "Samoobrony" pochodzą
z Instytutu Schillera, manipulowanie słowami tworzy wrażenie dowodu na
to, iż A. Lepper był szkolony w siedzibie Instytutu Schillera w Wiesbaden.
Powołując się na anonimowych znowu współpracowników (acz nie wiadomo czy
"Polityki", czy Leppera), autor stwierdza, że "Lepper gościł w jego (Instytutu
Schillera- przypis W. B.) siedzibie na czymś w rodzaju szkolenia". To "coś
w rodzaju szkolenia" podlega następnie dość prostackim manipulacjom. Lepper
przeczy, że był na ich szkoleniach. A przedstawiciel Instytutu Schillera
potwierdza, że Lepper był na ich seminarium. Nikt co prawda Leppera nie
pytał o seminarium tylko o szkolenie, ale pozwala to autorowi zadać retoryczne
pytanie, dlaczego szef "Samoobrony", "który pilnie studiował Goebbelsa,
obawia się przyznać do uczestnictwa w seminarium zorganizowanym przez Instytut
Schillera?" Można więc powiedzieć, że jest to pytanie nie tyle retoryczne,
ile goebbelsowskie.
Jedną z kluczowych tez mających skompromitować samego LaRouche'a
ma być teza o jego marksistowskim rodowodzie. Autor podaje, iż LaRouche
"był pod urokiem marksizmu i w latach 1949-1966 członkiem trockistowskiej
Socjalistycznej Partii Robotniczej, w której chciał być wodzem, więc go
usunięto". Dokonuje przy tym zamiany znaczeń, gdyż najpierw sam określa
tę partię jako trockistowską, nie podając tego powodów, a potem już używa
tego określenia jako nazwy własnej tej partii. Autor każe nam w tym wszystkim
wierzyć na słowo. Przemilcz zaś skrzętnie fakt współpracy LaRoucheŤa z
administracją rządu Ronalda Reagana nad SDI, czyli "programem wojen gwiezdnych".
Uniemożliwiałoby to bowiem przeprowadzenie ukrytego wiązania jego przynależności
partyjnej z byciem "agenturą moskiewskich kół". "Urok marksizmu" jest bowiem
potrzebny do wzmocnienia tezy "prorosyjskości" LaRoucheŤa.
A poza wszystkim, czyż domniemany zarzut o bycie pod urokiem marksizmu
do 1966 roku, nie brzmi na łamach tygodnika "Polityka" jakby nieco śmiesznie?
Insynuacje wspierane prawdą
Stale stosowaną w artykule techniką jest nieustanne mieszanie
insynuacji i pomówień z rzeczywistymi faktami i zdarzeniami. Uwiarygodnia
to insynuacje i tworzy ogólne wrażenie zasypywania czytelnika faktami.
Wskazówką szukania insynuacji jest anonimowość źródeł informacji. I tak
czytamy, iż "Wysłannicy Instytutu - wspomina etatowa pracownica Komisji
Krajowej "Solidarności" - przychodzili albo przesyłali do KK zaproszenia
na bardzo atrakcyjne imprezy, zwane seminariami, wyjazdy do Brazylii, na
egzotyczne wyspy, z hotelami klasy Ritz i bardzo wysokimi dietami do 4
tys. dolarów". Aż się prosi o zacytowanie takiego "zaproszenia". Gdyby
oczywiście było.
W 1997 roku otrzymałem zaproszenie na seminarium Instytutu Schillera
do Wiesbaden w sprawie krachu finansowego w Azji. Nie pojechałem tylko
dlatego, że koszt tej trzydniowej imprezy wraz z podróżą, czyli kilkanaście
milionów starych złotych przekraczał ówczesne możliwości mojej kieszeni.
Każdy tam bowiem, jak to bywa w cywilizowanym świecie, płacił za siebie.
Tradycyjnie już, jak na tego typu tekst przystało, pojawia się
zarzut antysemityzmu. A ponieważ pewnie był duży kłopot aby coś wymyślić,
argumentem jest to, iż jedno z kilkunastu pism związanych (?) z LaRouchem
"miało wyraźnie zabarwienie antysemickie". Na wzmocnienie tego autor zarzuca
nas dodatkowymi faktami typu - "Inne pismo (,,The Compaigner") propagowało
"ruch na rzecz ratowania naszych dzieci od diabelskich narkotyków, pornografii
i muzyki rockowej". "Fusion" - poświęcone było rozwojowi pokojowego wykorzystywania
energii atomowej. W ten sposób tworzony jest w oparciu o rzeczywiste fakty
kontekst, który sugeruje, że istnieje jakieś specjalne pismo, które zajmuje
się programowym propagowaniem antysemityzmu. Acz jego tytułu autor w tym
wypadku nie podaje.
Agenturalność i pieniądze
Tak jak A. Lepper nie może działać sam i za własne pieniądze,
lecz musi za nim ktoś stać i go finansować, oczywiście z zagranicy i pewnie
jakaś agentura, tak i LaRouche, i Instytut Schillera nie może działać samodzielnie
i za własne pieniądze. Ten stary jak świat i polityka chwyt, dzięki któremu
kiedyś wysyłano na szubienicę lub pod ścianę, dziś służy do wykonywania
wyroków śmierci cywilnej i politycznej.
Techniką w tym przypadku stosowaną jest nieustanne przeplatanie
tym wątkiem innych wynurzeń. Przy czym konstrukcja agenturalności i obcych
pieniędzy jest piętrowa. Za Lepperem i innymi, "którzy - tak jak on (LaRouche
- przyp. W. B.) uważają, że fortecą przeciwko globalnemu rządowi spekulantów
jest państwo narodowe oparte na prawie naturalnym", stoi obca agentura
i obce pieniądze, czyli Instytut Schillera i LaRouche. Ale i za Instytutem
Schillera oraz LaRouche`em stoi agentura i obce pieniądze. Autor wprost
używa określenia "agentura moskiewskich kół" i "prorosyjski Instytut Schillera",
przy czym jedynym argumentem jest to, iż LaRouche przyjechał raz do Polski
z USA podobno przez Rosję. Przy braku możliwości insynuacji co do agenturalności
Instytutu Schillera, główny nacisk idzie na pieniądze. Metoda polega na
tworzeniu wyobrażenia o wielkich pieniądzach jakie są do dyspozycji Instytutu
Schillera, jak choćby sławetne wyjazdy do Brazylii z hotelami klasy Ritz,
czy pojawianiu się działających na wyobraźnię kwot kilku milionów dolarów
rocznie, które ponoć ma Instytut Schillera wydawać tylko na swe kilkanaście
gazet i pisemek "często rozdawanych za darmo".
Po stworzeniu wyobrażenia wielkich pieniędzy, metodą następną jest tworzenie
wrażenia braku jakichkolwiek możliwości własnego ich zdobycia. I wniosek
musi nasunąć się sam. Ktoś finansuje Instytut Schillera z zewnątrz.
Główny nacisk idzie jednak na stworzenie wyobrażenia Instytutu
Schillera jako agentury samej w sobie, która wdziera się również do Polski.
W tym celu autor tworzy konstrukcję nazwaną "Siecią LaRouche`a", którą
wybija kolorem i czcionką ze swego tekstu. Na "sieć" składa się LaRouche,
jego żona Helga, nieistniejący z tego, co wiem syn Ekkehard, oraz wszystko,
co żyje i współpracuje lub utrzymuje stałe kontakty z Instytutem Schillera,
a więc fundacje, wydawnictwa, stowarzyszenia, redakcje. Autor naliczył
tego w USA i Niemczech 12 sztuk. Mamy tam zarówno wydawcę tygodnika "EIR",
który "co wytropi, przekazuje FBI, CIA, policji", jak i komitet, który
"infiltruje demokratów", czy wreszcie nieistniejącego syna Ekkeharda, redagującego
pismo, które jest "bliskie EAP, której celem jest oderwanie Europy od USA".
Co to jest owe EAP, autor nie podaje, ale silne wrażenie działalności agenturalnej
pozostaje.
Tworzone jest przy tym wyobrażenie światowej siatki, dzięki stwierdzeniu,
że "Podobne struktury do niemieckiej tworzone są na Dalekim Wschodzie,
w Rosji, na Ukrainie, w Czechach, na Węgrzech, od 1996 r. - w Polsce".
Należałoby teraz wreszcie spodziewać się konkretów i zalewu faktów, gdyż
autor żyje w Polsce. I pokaże nam wreszcie "polską sieć LaRouche`a". Niestety,
skazuje nas na domysły. I właśnie o to mu chodzi.
Cele pozorowane i ukryte.
Właśnie o to chodzi, gdyż wynika to z ukrywanego celu artykułu.
Celem faktycznym nie jest atak na Leppera i "Samoobronę" poprzez insynuacje
o jego programowaniu i finansowaniu przez Instytut Schillera. Sympatycy
A. Leppera nie tylko, że nie czytają "Polityki", ale podejrzewam, że -
najdelikatniej mówiąc - niezbyt sobie cenią jej zdanie. Natomiast oskarżanie
A. Leppera i "Samoobrony" o agenturalne związki polityczne i finansowe
ma być ostrzeżeniem dla tych, do których ten i podobnego typu artykuły
są kierowane. Chodzi o tą część polskiej inteligencji, która odrzuca kompradorski
i wasalny system polskiej polityki gospodarczej i występuje w obronie suwerenności
gospodarczej i politycznej Polski.
Jest to niezbyt jeszcze liczna, acz zdolna do suwerennego myślenia
część inteligencji twórczej, która nigdy nie znajdzie wspólnego języka
z kręgami George a Sorosa i Fundacji Batorego, a która zaczyna od paru
lat znajdować wspólny język z ludźmi z kręgu Instytutu Schillera.
Autor wymienia ukrywany cel ataku wprost, acz nie ujawnia, że
jest to cel, pisząc: "iż w ostatnich latach w Polsce znajdował on (Instytut
Schillera - przyp. W. B.) partnerów w Akademii Teologii Katolickiej, Katolickim
Uniwersytecie Lubelskim, na Uniwersytecie Jagiellońskim, w PAN, wśród Solidarności
80 (oczywista pomyłka- chodziło o WZZ "Sierpień 80" - przyp. red.), w Polskim
Związku Katolicko - Społecznym". Ta część inteligencji znajduje wspólny
język z Instytutem Schillera i jego tezami, głoszonymi od początku lat
90- tych o zagrożeniach światowej i narodowych gospodarek globalnym krachem
finansowym, dzięki spekulacyjnej kreacji pieniądza przez oligarchię finansową
typu George Soros. A że krach objął już ponad jedną trzecią światowej gospodarki
i zagraża bezpośrednio Polsce, to nie jest to już dyskusja czysto intelektualna.
Podobnie jak sprawa głębokiej ingerencji, a wręcz dyktatu Międzynarodowego
Funduszu Walutowego i Banku Światowego w sprawy polskiej polityki gospodarczej.
I aby uciąć taką dyskusję i przestraszyć oskarżeniami o agenturalność
Instytutu Schillera wymienione celowo z nazwy kręgi inteligenckie, potrzebny
był ten artykuł. I przyznam, że od czasów stanu wojennego nic bardziej
parszywego nie czytałem.
* Wojciech Błasiak jest ekonomistą i socjologiem, doktorem nauk humanistycznych,
prezesem Stowarzyszenia Polskiej Myśli Strategicznej w Katowicach. W latach
1993 - 1997 był posłem na Sejm Polskiego Związku Zachodniego z listy KPN.
Był współorganizatorem seminariów i spotkań z udziałem Instytutu Schillera,
a w 1995 roku na jego zaproszenie przebywała w Sejmie z odczytem Helga
Zepp - LaRouche.